2016/05/08

n'importe quoi

Skończmy z tym optymizmem. To prowadzi donikąd. 

Nadszedł ten wspaniały okres w roku, gdy z otwartym na oścież oknem, pogrążona w mroku mogę siedzieć na łóżku, wdychać świeże powietrze, smarkać i kichać na każdy pyłek. Zasadniczo powinnam sypać nieładnymi słowami dookoła, jednak po raz pierwszy od jakiś dwóch tygodni czuję się mniej zdeprymowana i gotowa bardziej do działania niż do leżenia i udawania, że świat zatrzymał się w miejscu. W wyjściu z tego tymczasowego dołka pomogła mi szkoła (czasami żartowanie z depresji potrafi pomóc), słońce oraz moi najwspanialsi podopieczni.

Do wyjazdu zostało mi trochę więcej niż dwa miesiące. Nie będę sypać tu utartymi frazesami, bo wszyscy doskonale wiemy, co nasuwa się nam na myśl. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że moje odczucia są ambiwalentne. Z jeden strony chcę tu zostać. Po prostu związać swoje życie z tym miejscem na zawsze, z drugiej z kolei podjęłam już pewne decyzje i zwyczajnie chcę być w domu. Chcę rozmawiać z ludźmi po polsku i mieć znajomych, którzy rozumieją mój ojczysty język. Oczywiście to rewelacyjna sprawa mieć koleżanki i kolegów z czterech stron świata, jednak moje myśli są czasami na tyle skomplikowane, że potrzebuję wyrazić je w specyficzny sposób. A czasami niestety nie umiem tego zrobić w obcym języku. Zresztą czasami obawiam się, że ujawnienie chaosu, jaki mam w głowie, spowodowałby natychmiastową ucieczkę. 

Na pocieszenie mama wysłała mi paczkę z książkami, kosmetykami i cukierkami. Mój stan musi być opłakany skoro bez słowa spełniła moje dziwne prośby.
Jednakowoż nie przybyłam tutaj, żeby się nad sobą roztkliwiać. Muszę znaleźć miejsce do biegania i zwyczajnie wybiegać te głupoty czające się w moim mózgu. 



Chciałabym dzisiaj podzielić się swoimi przemyśleniami na temat francuzów, ich kultury i życia codziennego. Nigdy nie podjęłam próby stworzenia takiego wpisu, a uważam, że jestem tu na tyle długo, by móc to w końcu zrobić i pozbyć się zalegających mi w mózgu myśli. Potrzebuję oczyszczenia (nie mylić z przeczyszczeniem). 
Allez-y!

1. Elegancja

Francuzi nie są wcale eleganccy, sztywni, nie piją tylko wina i nie jedzą ślimaków w każde niedzielne popołudnie. 

Myślę, że wszyscy mamy nieco mylne wrażenie, jeżeli chodzi o kulturę francuską. W końcu nie na próżno podaje się francuskie kobiety jako przykład chodzącej elegancji a francuskich mężczyzn jako koneserów wina i serów. 
Każda kobieta, która wraca z pracy, w której oczywiście prezentuje się jak milion dolarów, przywdziewa zwyczajny, szary, pozbawiony wyrazu dres i tak paraduje niemalże wszędzie. Oczywiście nie mówię, że robi to KAŻDA, ale to każda francuska. Jednak większość znanych mi kobiet, które pracują, mają dzieci, czasami nawet zrobią wypad do supermarketu po mięso, nie zwraca uwagi na to jak wygląda po godzinach pracy. Pierwszy razy kiedy zobaczyłam host mamę odzianą w dres, w którym nawet nie pokazałabym się listonoszowi, byłam w szoku. Mój obraz elegancji upadł. 
Ponadto większość kobiet, które spotykam na swojej drodze, nie jest ubrana w eleganckie, czarne szpilki od Louboutain i małą czarną od Coco Chanel. Przeważnie mają zwykłe sportowe buty, dżinsy, jakąś tam koszulkę i to na tyle z tego sławetnego szyku. Ja w swoim przeciętnym stroju wyjściowym niczym nie różnię się od innych Francuzek. 
Jednakże zauważyłam, że w naszej mentalności wciąż dostrzegamy tylko te kobiety, które są odpalone jak na czerwony dywan. Choć tych zliczyłabym na palcach jednej ręki. Jedna z moich znajomych pochodzenia niemiecko-amerykańskiego dopytywała mnie o zmianę stylu, bowiem jej marzyło się, by osiągnąć francuski szyk. Biedna zaczęła kupować szykowne stroje, jednak po niewczasie zdała sobie sprawę, że musiałaby być co najmniej żoną miliardera niż zwykłą au pair, by pozwolić sobie na ten luksus. 
W każdym razie, mój styl stoi w miejscu. Ostatnio tylko zdałam sobie sprawę, że gdybym musiała iść do pracy w tym momencie, to podarte dżinsy i koszula w kratę nie byłaby dobrym pomysłem. Zaznaczę jeszcze, że moja szafa w większości składa się z ubrań tego właśnie rodzaju. Oczywiście w różnych odcieniach, jednak to wciąż tylko spodnie z dziurami i koszula w kratę. 

2. Niedziela służy do koszenia trawy, robienia prana i sprzątania

Być może tutaj nie byłam wyjątkowo zszokowana. Spędziwszy kilka miesięcy w Wielkiej Brytanii, fakt ten zupełnie mnie nie zdziwił. I szczerze mówiąc całą sobą popieram takie podejście do życia. Oczywiście spora część Francuzów deklaruje swoją religijność i wiarę w Boga, jednakowoż ich podejście do „dnia świętego” przedstawia się nieco inaczej. Moja host mama była w kościele raz, przed Bożym Narodzeniem, i to właściwie wystarczyło. Co nie zmienia faktu, że w domu pełno jest religijnych obrazków, różańców (w moim pokoju jest ich około czterech) i innych symboli. W każdym razie, wszyscy wierzą, mało kto praktykuje. 
Co więc robi Francuz w niedzielę? Oczywiście odpoczywa, ale nie tak jak przeciętny Polak. W zimę, jako że to pora mało sprzyjająca zabawie w ogrodzie, zajmują się rzeczami w domu tj. drobne sprzątanie, drobny remont, trochę telewizji, jakiś spacer, zabawa z dziećmi, w miesiące cieplejsze czas przede wszystkim spędzają w ogrodzie i tam z kolei albo koszą trawnik, albo sprzątają, albo robią inne, normalne rzeczy, jakie robi się przed domem. Czasami zdarza im się również spotkać ze znajomymi, ale akurat u mojej rodziny goszczącej nie jest to częste zjawisko.
Oczywiście nie mam szerokiego spektrum porównania i to wszystko jest swego rodzajem uogólnieniem, jednakże myślę, że większość fille au pair może to potwierdzić. 

3. Faceci są bardziej opiekuńczy a kobiety chłodne jak wnętrze lodówki

Ok, to nie tak, że wszyscy mężczyźni tacy są, ale Francuzki w obyciu są dość… chłodne, tak, chłodne to dobre słowo.  Przyznam, że na początku było to dla mnie dziwne uczucie. Moja host mama była oziębła; to znaczy, bardzo miła, jednak wyczuwałam pewnego rodzaju dystans. Przez cztery miesiące ani razu nie powiedziała, że zrobiłam coś dobrze. Host ojciec ciągle komplementował moje językowe postępy, pytał o samopoczucie, zauważył, co lubię a czego nie, dopytywał o zdrowie i takie tam. Byłam tym zaskoczona. Raczej przyzwyczajono mnie do tego, że to kobieta jest tą stroną, która się przejmuje, rozmawia i troszczy. Tak, jestem seksistowską świnią. 
Dobra, żartuję.
Myślę, że to poniekąd rodzinne i być może też kulturowe uwarunkowanie. 
Dlatego też, gdy we wrześniu rozmawiałam z jakimś tam chłopakiem, który wyraźnie przejął się tym, że G. jest w szpitalu i ciągle o to dopytywał, pomyślałam, że udaje, żeby się przypodobać. Spędziwszy tu siedem miesięcy, zrozumiałam, że to mógł być naturalny odruch i bardzo źle oceniłam tego sympatycznego Francuza. Mea culpa. 
Oczywiście teraz jak mam problem od razu kieruję się do host taty i wiem, że zawsze znajdę pomoc. Właściwie mój host ojciec to cudowny człowiek, tak sobie myślę, pamiętam jak nie mogłam jeść przez tydzień z powodu choroby i kupił specjalnie dla mnie zupy, żebym im nie przymarła. Pomijając jego wahania humorów, kiedy nie ma ochoty z nikim rozmawiać i jest bardziej sarkastyczny niż ja, to serio, świetny człowiek. 
Host mama jest skoncentrowana na swojej pracy, o wiele bardziej niż ojciec. Myślę też, że stąd poniekąd wynika jej obojętność. Kobieta zwyczajnie nie zajmuje sobie głowy głupotami, co wydaje się być dobrym usprawiedliwieniem. Owszem, podczas pierwszych miesięcy było mi z tym ciężko i nie potrafiłam tego ogarnąć. Nawet konsultowałam to z innymi fille au pair i ostatecznie konkluzja była jedna: to całkiem normalne, nie ma spiny. 
Choć poznałam również bardzo mocno irytujących Francuzów, więc w sumie nie ma reguły. Można szukać, ale pewności, że trafi się na ten idealny typ, nie jest całkiem pewna. Aczkolwiek próbować można, czemu nie. 



W tym momencie zakończę swoje wywody, bowiem zabrakło mi pomysłów. Tego wszystkiego jest oczywiście dużo więcej, jednak kiedy w końcu zasiadam przed laptopem i próbuję wykrzesać z siebie jakieś sensowne zdania, wszystko mi magicznie ucieka. Robienie notatek też nie ma sensu, bowiem koniec końców nie mam pojęcia, o co mi chodziło. Czasami mam wrażenie, że kiedy wrócę do Polski, to wszystko wskoczy na odpowiednie miejsce i wtedy będę mogła zmajstrować jakiś konkretny wpis albo nawet i kilka. W końcu chciałabym zamknąć bloga w jakiś huczny sposób. 
A tak szczerze to jestem przerażona upływem czasu. I myślami kumulującymi się pod moją czaszką. Muszę jeszcze popełnić wpis o zmianach i być może stanie się to już niebawem. 

Cieszcie się wiosną i do usłyszenia!




2016/04/22

Pourquoi ?



* w związku z moim wybuchowym temperamentem ostrzegam: w poniższym tekście znajduje się kilka brzydkich słów

W życiu każdego mniej lub bardziej młodego człowieka nadchodzi moment, gdy zadajemy sobie to ważne pytanie: dlaczego ja to, kurwa, zrobiłam (tudzież zrobiłem). Czasami odpowiedź zjawia się w chwilę po tym egzystencjalnym pytaniu, czasami czekamy latami, a czasami umieramy w niewiedzy. Ostatnio przeżywam okres, który gdzieś mniej więcej wpasowuje się w powyższe pytanie.
I dotyczy to wielu podjętych przeze mnie decyzji, jednakowoż dzisiaj skupię się na jednej.

Przede wszystkim, nie chodzi o to, że jestem tu nieszczęśliwa, ani o to, że popełniłam błąd i teraz wyrywam sobie resztkę włosów z głowy, pytając siebie jak do cholery mogłam to zrobić. Nie, to zdecydowanie nie jest to. Po prostu siedzę tutaj już czwarty miesiąc bez dostępu do narodowych dobrodziejstw i powoli popadam w szał. Denerwują mnie Francuzi, ich język ich zwyczaje, ich tramwaje, ich sklepy, ich jedzenie i po prostu wszystko to, co w jakikolwiek sposób jest z tym związane. W skrócie ujmę więc to tak: przechodzę kryzys obcokrajowca na francuskich ziemiach. Kiedyś obiło mi się o uszy, że każdy kto wybył do obcego kraju przechodzi taki moment, gdzie ma ochotę rzucić wszystko w trzy dupy, spakować walizki, zakrzyknąć AU REVOIR i po prostu wyjechać.
Właśnie przeżywam ten moment.

Porównując to, co działo się na początku mojego pobytu (problemy ze wszystkim, co istnieje) do tego, co mam tu dzisiaj mogę powiedzieć otwarcie, szczerze i niezamknięcie, że to bajka. Mam znajomych, dzieci mnie lubią, rodzice nawet rozumieją, szkoła jest całkiem niezła, mam też już wrogów (a to pierwsza oznaka zadomowienia) i znalazłam ulubione miejsca, więc bilans jest prosty. Jednakowoż coś mi się poprzestawiało w głowie i zaczęłam tęsknić za tym, co mam w Polsce. Nie twierdzę, że chciałabym tam wrócić już na stałe i nie wyściubić nosa za granicę, ale potrzebuję co najmniej dwóch tygodni z dala od Francji, Francuzów i francuskiego. Po prostu czuję, że mój mózg się gotuje i lada moment z moich uszu wyleci purée. I jeżeli mam to dosadnie skomentować i w swoim stylu to na myśl przychodzi mi tylko jedno stwierdzenie: chujowe uczucie.
Trzy miesiące (i to nawet niepełne) w porównaniu do tych siedmiu, które za mną, nie wydają się być niczym wielkim. No bo przecież nie są, ale teraz odbieram to jak jakąś życiową tragedię. I w tym momencie pojawia się to esencjonalne pytanie: dlaczego ja to, kurwa, zrobiłam i co mnie tu zaciągnęło.

Jeszcze raz podkreślam: NIE ŻAŁUJĘ, ale dlaczego, na Zeusa i Atenę, tak się właśnie stało? Co mi odbiło tego czerwcowego dnia dwa tysiące dwunastego roku, że postanowiłam ot tak studiować sobie francuski. Co było ze mną nie tak? Mogłam wybrać socjologię, ewentualnie coś jeszcze bardziej mało przyszłościowego i mieć święty spokój, siedzieć bez pieniędzy, nie mieć pojęcia o świecie, nie znać języka obcego i tak sobie szaro egzystować. A mnie się, kurwcze, zachciało udawać światowca.
Matko jedyna, gdzie w tym logika?
Jestem pogrążona w takim smutku, że nie czuję, że rymuję.

Będąc jednak nieco poważnym i nie bagatelizując własnych problemów, przez tych kilka ostatnich miesięcy dotarło do mnie kilka rzeczy, a mianowicie zdałam sobie sprawę, że niewiele o sobie wiem. Ponad rok temu ktoś mnie zapytał, czy pragnę monotonnego życia, czyli: praca w określonych godzinach, powrót do domu, obiad, serial i lulu. Każdy dzień w ten sam deseń, kropka w kropkę, identyczny, do zarzygania nudny. Odpowiedziałam wówczas, że tak, że pragnę takiej stabilizacji. I co teraz?
Kupa.
Bo to sterta kłamstw.

Nie znoszę monotonii. Zresztą, jak się okazuje, nic nie wiedziałam o monotonii, bo w gruncie rzeczy moje życie takie nie było.
Ta sama osoba zadała mi to pytanie we środę i gdzieś tam wyszło, że sobie zaprzeczam. W gruncie rzeczy okazuje się, że monotonia doprowadza mnie do depresji. Potrzebuję zmian, niespodzianek, a nawet dozy szaleństwa.
To jest dopiero koniec świata.
Przypominam sobie jak szczęśliwa byłam w marcu. Podejmowałam decyzje z dnia na dzień, podróżowałam, spałam gdzie popadnie i nie miałam czasu, żeby usiąść i umartwiać się nad ciągiem dalszym mojego życia. To było piękne. Wspominam ten czas ze łzą w oku.
Co minęło już nie wróci. Planuję właśnie zakończenie swojego pobytu tutaj i powiem tyle: grubo. Potrzebuję tylko pieniędzy i rozsądku. W każdym z tych przypadków trochę ciężko.



Co do życia prywatnego czyt. fille au pair, to jestem na etapie, gdzie wszyscy mnie kochają i błagają o zostanie. Kto by się tego spodziewał pół roku temu. Stali czytelnicy zapewne przypomną sobie te czasy, gdy E. traktował mnie jak intruza, cóż, mam mały update: E. mnie kocha i nie chce, żebym go opuszczała. Wyznał mi miłość i uważa za najpiękniejszą dziewczynę na świecie. Gdyby nie miał tylko czterech lat, to brałabym ślub już teraz!
Update: właśnie E. przyszedł dać mi buziaka na dobranoc.
Chyba się zakochałam.

To jak już wyrzuciłam z siebie ten jad (a nie, zapomniałam dodać, że jak na patriotkę przystało, drę koty z Rosjanką, sorry), mogę powrócić do oglądania seriali i gry w song pop. W końcu jestem stateczną kobietą.

Do usłyszenia!



2016/04/01

Pâques/ 01


Ostatnio to jest trochę tak, że nie wiem, kiedy mogę odpocząć i jak to zrobić. Nie było mnie miesiąc. A przed pozostawieniem tego w (brzydkie słowo) trzy dupy, walnęłam depresyjny post i się zmyłam. Marzec był miesiącem podróżowania, braku snu, braku odpoczynku i ogólnie to korzystania z życia. Odwiedziłam Paryż (ale o tym powstanie inny wpis), La Rochelle i Carnac w międzyczasie odkryłam nowe nantejskie miejsca i wpadłam do kilku fajnych restauracji i kawiarni. Czy życie może być fajniejsze? 

Przechodząc jednak do tego, po co się tu zebraliśmy:

rozpoczynam cykl (chwila, właśnie umieram ze śmiechu i nie, z pewnością nie jest to cykl owulacyjny) tematycznych wpisów. W ten sposób uniknę odkładania wszystkiego na bok i może zdołam nieco lepiej zobrazować świat w jaki bardzo przypadkowo się wrzuciłam. 

Dzisiaj wzięłam na świecznik święta. Temat całkiem bliski i skupiający się na czymś więcej aniżeli urokach bycia au pair.  

Przeżyłam święta na obczyźnie. Oprócz tęsknoty za sernikiem z kawą nie doskwierają mi żadne inne bóle. Bo, bądźmy szczerzy, całe te święta składają się na tygodnie porządków, całe dnie przygotowań, dziesiątki kłótni i na szarym końcu mamy prawo usiąść, najeść się do nieprzytomności, pokłócić z rodziną i czasami upić w trupa. Potem jeszcze bardziej stargani życiem wracamy do codziennych obowiązków zmęczeni jak po maratonie. Dlatego więc oprócz lekkiej nostalgii nie odczuwałam wielkiego smutku. Spędziłam ten czas leniwie, a przynajmniej na tyle na ile mogłam. Francuskie zwyczaje różnią się od tych polskich. Moja host rodzina nie zalicza się do osób wybitnie praktykujących zwyczaje czy tradycje, o ile takowe istnieją. Nie mam więc wielkiego doświadczenia, a całą swoją wiedzę zdobyłam od innych lub z Internetu. Trochę słabo, jednak domyślam się, że jedna czwarta francuskiej społeczności zachowuje się w podobny sposób. Czyli najzwyczajniej w świecie święta traktuje jak czas wolny od pracy, czas który trzeba wykorzystać na posprzątanie, zjedzenie czekolady, spotkanie ze znajomymi lub poleżenie przed telewizorem. No chyba, że masz dzieci. Wtedy plan dnia jest nieco bardziej skomplikowany. 

Na starcie można pożegnać się z jakimiś koszyczkami, jajkami i innymi tego typu rzeczami. Myślę, że nasza polska tradycja dla przeciętnego francuza to coś nie do ogarnięcia, a pewna jestem, że moja host mama wyśmiałaby to po tysiąckroć, dorzucając, że to obrzydliwe. Pomijam tą kwestię, bowiem dość często słowo na „o” pada przy naszych rozmowach o polskiej kuchni. 

Możecie też zapomnieć o całodziennych posiadówkach, zjeździe rodziny albo wyjeździe do rodziny, pójściu do kościoła czy poście. W sumie o poście niewiele mogę powiedzieć. W szkole dzieci nie jadły mięsa, ale czy moja host rodzina (czyli rodzice) też nie jedli, nie mam zielonego pojęcia. Choć skłonna jestem uznać, że to tylko szkolna tradycja, bo w końcu szkoła katolicka, więc jak tak inaczej. 

Właściwie przypomniałam sobie, że poniektórzy mogą zadawać sobie pytanie, dlaczego zostałam we Francji na święta. Cóż, odpowiedź jest prosta: niestety Francuzi nie praktykują wolnych dni przed świętami. Dzieci chodzą do szkoły do piątku i wracają tam już we wtorek, więc zwyczajnie nie mogłam sobie jechać do domu, bo sama podróż trwa dwa dni, a jaka to przyjemność wejść do domu na dwadzieścia minut i znowu wsiąść do autobusu? 

Co do samych francuskich zwyczajów, właściwie to jest jeden jaki zauważyłam (no może dwa) i jedyny, który jest chyba jako tako ważny, a mianowicie jedzenie nieograniczonej ilości czekolady. Czekoladowe króliczki, kurczaki i inne dziwactwa, które są pochłaniane w ogromnych ilościach. Zjeść do porzygania, że tak to mało ładnie ujmę. Osobiście przegrałam los. Ani nie kupiłam czekoladowego zajączka. Ani nawet nie zjadłam czekolady. W sumie nawet nie za bardzo miałam czas, żeby zajrzeć to sklepów, gdzie mogłabym przyjrzeć się tym słodkim dziełom sztuki. Wydaje mi się, że moja host rodzina przeżywała podobny okres, bowiem do niedzieli nie ujrzałam w domu zbyt wiele czekolady. Teraz trochę się jej pląta tu i ówdzie, ale nikt jej nie rusza. Oprócz E., ale on zje wszystko, problem w tym, że nie może jeść tylko cukierków, makaronu i czekolady. 

Będąc przy atrakcjach, jak to łatwo można się domyśleć, śmingus dyngus też nie istnieje (może to i lepiej). Francuskie dzieci zabawiają się o wiele grzeczniej i bez wodnej przemocy (albo się tylko tak łudzę, bo może wydzierają sobie te jajka z rąk) i niedzielny poranek albo niedzielne po południe spędzają w ogrodzie, parku, domu jeżeli pada i poszukują czekoladowych jajeczek, które rozrzuciły powracające z Watykanu dzwoneczki. Cała historia dopisana do tej zabawy jest naprawdę urocza i wszyscy mniej lub bardziej angażują się w nią. Niestety moje samopoczucie nie pozwoliło mi udać się na rodzinne poszukiwania, czego nie mogę sobie wybaczyć do dzisiaj i straciłam szansę na święta à la française. 



Co do samej historii, wieść niesie, że wszystkie dzwoneczki w piątek wybywają do Watykanu i kiedy wracają w niedzielny poranek, szczęśliwe i przepełnione świątecznym duchem obdarowują w locie wszystkie francuskie dzieci czekoladowymi jajeczkami. 

Tradycja jest na tyle istotna, że wszystkie większe miasta organizują w parkach polowanie na… jajka (dodam, że czekoladowe, bo jakby tak inaczej)! Dziesiątki a może nawet setki dzieci wraz z rodzicami przybywają na plac boju i biorą udział w zbiorowym poszukiwaniu. Niestety nie mam pojęcia, jak to wygląda w praktyce, jednakowoż dzieci, którymi się opiekuję, w parku były, coś o kolorach jajek mówiły (że niby, żeby dostać duże jajko trzeba znaleźć 5 innych, małych: niebieskie, żółte, zielone, różowe i czerwone) i wróciły zadowolone. 

Zdążyłam się też dowiedzieć, że zazwyczaj, gdy pogoda dopisuje rodzice chowają jajka w ogrodzie. W tym roku pogoda nie dopisała, mogę rzec, że nawet rozczarowała, więc z poszukiwań zostały nici i polowanie na czekoladę miało miejsce w salonie. 

Wieczorem moja rodzina spędziła czas ze znajomymi a ja poszłam spać o dziewiątej. Właściwie szaleje tu bardzo dziwny wirus, który cierpi na niedobór snu i ciepła. I padłam jego ofiarą. Jakby nie dość brakowało mi snu i ciepła w życiu, ta szuja przypięła się do mnie i tak sobie żyjemy od jakiś dwóch tygodni. Mam nadzieję, że dośpię i dogrzeję się w wiosenne wakacje. Francuzi uwielbią ferie. A ja uwielbiam je razem z nimi. Wyjątkowo potrzebuję teraz czasu. Jakoś tak zmęczyłam się swoją aktywnością.



Co do samych świąt, można przyczepić się do braku atmosfery czy braku duchowego czynnika czy braku czegokolwiek innego. Osobiście jestem bardziej typem, któremu francuski zwyczaj nie robienia nic szczególnego jak najbardziej odpowiada. Pierwsze święta, kiedy miałam spokojną głowę, choć przyznaję za sernikiem tęsknię. Resztę można przeżyć. Albo chociaż spróbować.

Ogólnie jestem zadowolona, że mogłam przeżyć coś. To uzupełnia moje doświadczenie i wiedzę, więc spełniam misję z jaką tu przybyłam. Na koniec będę maksymalnie wzbogacona w przeżycia. A na stare lata będę miała o czym opowiadać w jakimś ośrodku dla starych, zniedołężniałych, mądrych pań. 

Tym pozytywnym elementem zakończę ten wpis. Mam nadzieję, że wraz z wiosną i zarazkami nadejdzie lepszy okres dla tego bloga i sprawa z cyklem zwyczajnie wypali. 
Do usłyszenia!
M. 

2016/03/17

Printemps



żyję!
i to jeszcze jak!

Kocham Francję:
za ludzi, których poznałam.
i za tych, których poznam.
za wiosnę.
za piękne miejsca.
za manifesty na środku torów.
za restauracje.
za gramatykę.
za język.
za podróże małe i duże.
za to, że jestem tu szcześliwa.

i nie żartuję.


ostatnio prowadzę szalony tryb życia. nie śpię. podróżuję. walczę ze zmęczeniem. i spełniam się w roli fille au pair. i jestem tak obrzydliwe wręcz niemal zadowolona z tego wszystkiego, że aż nie wierzę. chyba przeszłam na jasną stronę mocy.

ze wszystkim tym, co powinnam pojawię się w czasie bliżej nieokreślonym (kwiecień). 

a od soboty podbijam Paryż!
mam nadzieję, że to co mówią o spontanicznych wyjazdach jest prawdą.







do usłyszenia!

2016/02/15

la fin de la fin du monde


czyż nie pasujemy do siebie idealnie?

Nigdy nie sądziłam, że ten dzień nadejdzie. Najwyraźniej podróże zmieniają, a mądrości House’a należy wrzucić do kosza i zapomnieć o beztroskich młodzieńczych latach.

Bowiem usycham z powodu samotności.

Nigdy nie sądziłam, że będę tak tęsknić za chłopakami (uściślam, że tymi, którymi się opiekuję). Prędzej uwierzyłabym w istnienie magii niż w to, że zatęsknię za kimkolwiek. Najwyraźniej moja samowystarczalność właśnie się wyczerpała. Na dodatek wszyscy, których tutaj znam, pojechali gdzieś i zostawili mnie na pastwę siebie samej. I bliska jestem szaleństwu. Szukam sobie zajęć, ale to trochę ciężkie i zajmuje mnie na godzinę. Brakuje mi stałego schematu dnia. Urlop to straszna rzecz. Kiedyś zostanę pracoholikiem. Jak tu na w pół leżę, jestem przekonana, że gdy dostanę odpowiednią pracę to się wykończę. I z przyczyń wielu wizja ta niezmiernie mnie raduje.

O ile będę żywa w następnym roku, bo są przesłanki, że ten stan rzeczy może się nie utrzymać.

Na dobicie moja mama stwierdziła, że Francja przygotowała mnie do założenia rodziny. Niezmiernie poprawiła mi tym humor. Koniec świata nadchodzi. Czuję to w kościach.

I gdyby nie dość było już tych nieszczęść, to moje zdrowie postanowiło pomachać mi na do widzenia i wyjechać na rajskie wyspy. Ogólnie rzecz ujmując słabo. Nie umiem radzić sobie z wszystkim naraz, tym bardziej, że odkąd jestem sama w domu to każdy sprzęt postanowił zaprzestać jakiejkolwiek współpracy. W konsekwencji mam problem ze zmywarką, ekspresem do kawy, laptopem i telefonem. Na dobitkę w sobotę musiałam użerać się z paryską restauracją, która dzwoniła dziesięć razy, żeby potwierdzić walentynkową kolację. Nie wiem czy to była jakaś niespodzianka, jeżeli tak, to wybacz. Mogłeś to inaczej załatwić.

Mój poziom malkontentyzmu osiąga poziom wieży Eiffla i czekam aż wszystko wróci do normy, bo rozmyślanie nad swoim życiem doprowadza mnie do białej gorączki. Uświadamiam sobie, jak ogromna praca mnie czeka, żeby dostrzec do punktu, jaki sobie obrałam. Nie wspominając, ile wyrzeczeń to za sobą niesie. W ramach odganiania bezczynności przeczytałam kilka pierwszych postów. Gdzieś napisałam, że nie chcę zostać we Francji na stałe. Nadal uważam, że muszę wrócić na rok do Polski, ale to co ma nastąpić później jest zaprzeczeniem wszystkich moich słów. Wszystko się pomieszało.

Uściślając: POTRZEBUJĘ, k., PRACY. 

Właściwie to zamiast siedzieć i użalać się nad tym wszystkim i myśleć o tym powinnam w końcu iść i wyrobić jakiś tam numer związany z ubezpieczeniem, zapisać się na egzamin i ogarnąć broszury. Najlepiej byłoby zrobić to w tym tygodniu. Muszę napisać list motywacyjny, ale jak go napisać bez motywacji i syntezę. Winę za niedyspozycję zrzucam na swój stan zdrowia.

Ostatnio, E. zapytał mnie czy będę martwa za rok.

chwila ciszy.

I było to śmiertelnie poważne zadane pytanie. Kiedy poinformowałam go, że mam nadzieję, że nie, oznajmił, że skoro będę żyć to pewnie będą ślepa albo głucha.
To zabrzmiało pocieszająco. Nikt nie potrafi podnieść mnie na duchu tak jak trzyletnie dziecko.

nigdy nie sądziłam, że mogę płakać trzy godziny po jednej scenie. Who, I kill ya. 


Z życia fille au pair nie mam żadnych przemyśleń. Dotarłam do takiego poziomu, gdzie wszystko jest tylko rzeczywistością i należy się z tym zmierzyć. Irytuje mnie szkoła i ludzie tam uczęszczający, jednak kto by się tym przejmował. Za rok inny wskoczą na ich miejsce. Proza życia.

Pamiętam, że miałam jakieś pytania do opracowania i przedstawienia. Jednakże, jako, że jestem mistrzem gubienia to zaginął mi plik z nimi. A że wypisywałam je jakiś miesiąc temu, to zdążyłam o wszystkich zapomnieć. Ostatnio nawet nie ma mi kto zadawać głupich pytań, więc muszę odnowić kontakty ze swoją ulubioną koleżanką. Może znowu porozmawiamy o mojej religijności, bo to szalenie frapujący temat.

Postanowiłam też nie jechać w kwietniu do Polski, bo to nie ma sensu. Trzy miesiące nie zrobią mi różnicy, chociaż domyślam się, że w międzyczasie przeżyję jakiś kryzys. Nie ma jednak takiego kryzysu, którego nie załagodziłoby kupno szminki.

Domyślam się, że nie pojawię się tu szybko. Potrzebuję nagromadzenia większej ilości informacji i spostrzeżeń. Myślę, że tak bardzo wdrożyłam się w to życie, że już nic mnie nie zaskakuje i stąd też taki burdel tutaj zapanował.

Tymczasem wracam do Calogero. Każdego dnia jestem coraz bardziej oczarowana jego muzyką. I w takich chwilach rozumiem, po co mi była ta nauka francuskiego. Ach, i chciałam tylko dodać, że większość tekstu, który się tu pojawia to ironia, więc nie ma sensu zwracać na to większej uwagi niż należy. I przede wszystkim nie brać na poważnie, bo grozi to niestrawnością. 


Pozdrawiam,
M.


2016/02/07

pour les prunes

Czasami żałuję, że magia nie istnieje i nie posiadam pióra, które notuje moje myśli. To naprawdę ułatwiłoby mi  życie, bo mam jeden bardzo ciężki problem: jestem leniwą kluchą, która odczuwa ogromny ból dupy, gdy musi usiąść i napisać to, co ma w głowie od… no, od bardzo dawna.

Wczoraj (albo piątek wieczorem) rozpoczęłam dwutygodniowe ferie. Mogłabym napisać, że się cieszę, co nie byłoby kłamstwem, ale szczerze mówiąc nie jestem też szczęśliwa z tego powodu. Ostatnio cierpię na jakiś niedostatek towarzyski i wszyscy dookoła mnie irytują, co przyczynia się do tego, że najchętniej owinęłabym się kołdrą i oglądała seriale na zmianę z filmami, to jest dopiero myśl! Wracając do wątku, to jeden tydzień na wyspanie i regenerację zupełnie by mi wystarczył. Na dodatek moja host mama niby zaproponowała mi wyjazd z nimi w góry, ale szczerze mówiąc to ostatnia rzecz, na którą mam ochotę. Przebolałam ostatnie wydarzenia, jednak nie zapomniałam i nie mam zamiaru. Nie jestem w stanie czuć się w ich towarzystwie komfortowo i gdybym potrafiła jeździć na nartach  lub na czymkolwiek innym, co sprawiłoby mi radość pewnie nie zastanawiałabym się długo nad ich propozycją. Jednakże wyjazd z nimi nie ma żadnego plusa. Nawet złamanego. Śnieg mnie nie rajcuje. Góry też nie. A tym bardziej spędzanie z nimi tylu godzin.
Dziękuję, ja naprawdę postoję.



W tym tygodniu miałam ciężki czas ze zbuntowanym trzylatkiem. W pewnym momencie zaczęłam wątpić w siebie jako au pair i w siebie jako człowieka. Host mama rozprawia tylko o tym, jakie wspaniałe były poprzednie au pair, jaką ulgę więc poczułam dzisiaj, gdy dziadkowie wyjawili wszystkie ukrywane historie z poprzednimi opiekunkami! Wiem, jestem okrutna, ale to taka ulga, gdy dowiadujecie się, że jesteście pierwszą au pair, którą dzieci zaakceptowały po tygodniu! I te dwie poprzednie, tak wspaniałe dziewczyny, przez pierwsze miesiące przechodziły piekło. Cóż, współczuję im, aczkolwiek w końcu jakiś pozytywny aspekt, który nie wtrąca mnie w otchłań rozpaczy.

I dlaczego rodzice nie mogą mnie tak rozumieć jak dziadkowie? Czasami odnoszę wrażenie, że choć widuję ich od wielkiego święta, to rozumieją mnie lepiej niż rodzice. Wprawdzie potrafię domyśleć się, dlaczego tak się dzieje, ale czy odrobina wysiłku naprawdę boli? Ok, kończę z tym, bo czasami mam wrażenie, że sama stworzyłam problem i sama się wokół niego kręcę. To tylko cztery/pięć miesięcy i kto potem będzie się tym przejmował?
Pamiętam, że chciałam tu coś jeszcze napisać, ale pamięć zawiodła mnie przy odnalezieniu konkretnych informacji. Wiem, że miał powstać typowo blogowy wpis, ale to nie pora na takie wyczyny. Pomyślałam więc, że skoro mam trochę czasu dla siebie, to kiedyś przysiądę i wrzucę tu to, co chciałam miesiąc temu.
Trzymajcie kciuki!


Mam jeszcze kilka kwiatków, które poprawiły mi humor. Moi mali podopieczni nigdy nie rozczarowują w tej kwestii. 

E. lat 3.
Wracam do domu z zajęć i przed drzwiami czeka na mnie ogromny kocur. Nie wiem, jak go przepędziłam, ale ostatecznie dostałam się do domu, wchodzę, mówię wszystkim, co mnie spotkało i oczywiście E. zasypuje mnie gradem pytań:
- Przestraszył cię?
Kiwam głową, bo ten kot  był zwyczajnie okropny. I jak się patrzył.
E. po krótkiej chwili znowu pyta:
- A on bał się ciebie?
- Nie wiem, ale chyba trochę tak.
- To pewnie dlatego, że jesteś BYTEM LUDZKIM.
Nie wiem, gdzie się nauczył tego słowa (czy tych słów), ale wbił mnie w fotel czy raczej stołek, na którym usiadłam.

A w piątek stanęłam przed poważnym zadaniem, bowiem musiałam wytłumaczyć mu, co to znaczy tęsknić. Słuchaliśmy piosenki o wdzięcznym tytule Tu vas me manquer (będę za tobą tęsknił) i padło właśnie wymienione wyżej pytanie. Topornie zabieram się do wyjaśnienia, po co ta piosenka powstała, mówiąc:
                - No więc jego dziewczyna, ukochana wyjeżdza… no gdzieś…
                E: Do Polski!
                - No na przykład…
                E: Ale po co?
                - No…żeby  pracować, bo to jest ważne… i on jest teraz smutny i chce, żeby ona tu była…
Chwila ciszy.
                E: ale ty pewnie jesteś bardzo szczęśliwa, że ona pojechała do Polski, ale powiedz mi co to znaczy tęsknić.

Zonk. Nigdy nie będę w tym dobra.

A w sobotę oglądałam z nimi Gwiezdne wojny: Powrót Jedi. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę to oglądać i to jeszcze po francusku, uschłabym ze śmiechu. Moje życie bywa nieobliczalne.

Kończąc jednak ten radosny kącik…

Mam zamiar w końcu zrobić zdjęcia, choć przyznaję, że z takim zamiarem chodzę od października. Pora w końcu zebrać się w sobie, bo skoro teraz mam taki ból dupy, to co będzie dalej? W ramach sama nie wiem czego, dodaję zdjęcia z Rennes, bardzo ładnego miasta, dawnej stolicy Bretanii.  Co ciekawe, Rennes jest najmniejszym miastem, które posiada (UWAGA!) metro!
Francuzi, szalony naród.
Ostatnio podzieliłam się tą uwagą z dziećmi, na co usłyszałam, że  w sumie znają jedną Polkę, ale też są zdania, że Polacy są szaleni.
Dziękuję, za uwagę, dobranoc.

Wracając do Rennes to cóż mogę więcej powiedzieć… Większość czasu spędziłam w muzeum sztuk pięknych i chyba polubiłam takie miejsca. Prawdziwie wyciszające. Może zacznę chodzić do takich miejsc regularnie. W każdym razie, Rennes nie przyćmiło Nantes, jednak ma w sobie pewien urok. Pewnie jak większość francuskich miast. Poniżej kilka wybranych zdjęć, które mam nadzieję przypadną Wam do gustu.

P. Picasso Baigneuse 

Palais du commerce 

nie mam za gruszkę pojęcia, co to za obrazy i kto je stworzył... aczkolwiek klimat niezwykły 

sztuka współczesna niezmiennie mnie zaskakuje

w tym przypadku też niewiele wiem, ale jedyne co mogę powiedzieć to szalenie bretoński ten obraz

 autentyczny sarkofag! to dopiero robi wrażenie!







a na koniec opera








Do szybkiego usłyszenia!

2016/01/23

tout se mélange



Ostatnio zdarzało mi się rozmyślać nad zmianą formy mojego nieaupairowskiego bloga. Jednakże doszłam do momentu, gdy zadałam sobie pytanie who cares? I wszystko się wyjaśniło. Co nie zmienia faktu, że nie chciałabym zaprowadzić tu jakiegoś porządku. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego nikt mi nie wierzy, gdy mówię, że jestem okropnie nieuporządkowaną osobą. Zagadka wciąż pozostanie zagadką, a z moich planów tak jak zawsze zostaną tylko plany. Pomijając jednak to wyjęte niewiadomo skąd wprowadzenie:

*w dzisiejszym poście pojawią się brzydkie słowa, sarkazm, jad i wszystko to w czym się specjalizuję. Mam nadzieję, że nikogo nie urażę ani tym bardziej nie obrażę. 

Dzisiejszego dnia wybija piąty miesiąc mojego pobytu we Francji. Czyli jestem na półmetku. Jedyna refleksja jaka mnie nachodzi jest prosta jak budowa cepa: czas nie biegnie, czas zapierdala. Podczas tych tygodni wydarzyło się i dużo i mało. Nie umiem tego ocenić, bo mam zaburzenia przy ocenie swoich postępów i tego, co mi się przytrafia. Jak kiedyś to już napisałam, nie potrafię podsumowywać wydarzeń i nie będę się też na to silić. Choć zdaję sobie sprawę, że należy walczyć ze słabościami. Wątpię jednak, by umiejętność podsumowywania własnego życia mogła mi się kiedykolwiek przydać. Zdaję sobie również sprawę z tego, że jestem cholerną malkontentką i pewnie, zamiast faktycznie skupić się na tym, co dobre, zaczęłabym szukać dziury w całym i wyszłoby, że jestem bardzo nieszczęśliwa. Co pomimo wszystko nie jest prawdą. 



Po tych pięciu miesiącach nadal uważam, że podjęłam dobrą decyzję. Miewam tutaj lepsze i gorsze chwile, aczkolwiek zawsze będę polecać taką formę wyjazdów. Należy być jednak niezwykle uważnym i przed podjęciem decyzji rozważyć ją co najmniej dziesięć razy. Problem w rozpoczęciu pracy jako au pair jest taki, że nie zawsze macie wpływ na to z jaką rodziną przyjdzie wam żyć. Jedyne co możemy zrobić to podczas rozmowy na skypie (tudzież czymkolwiek innym) przyglądać się im z uwagą, zadawać pytania i wyciągać wnioski. Wszyscy kłamią: przyszłe au pair, rodzice, a potem i dzieci, którymi się opiekujecie. Małe kłamstwa nie robią różnicy, jednak niektóre rodziny chyba przekraczają granicę małych oszustw i później pozostają łzy, złe wspomnienia i rysy na psychice. Będąc tu tyle czasu poznałam wiele historii nieudanej współpracy. Niektóre naprawdę szokujące! Zdaję sobie sprawę, że miałam szczęście trafiając do uczciwej rodziny. Wprawdzie nie ma kolorowo i brokat nie sypie się po ścianach, ale są uczciwi, a to bardzo istotny punkt. Wprawdzie moje obietnice nie mają wielkiego znaczenia, ale być może któregoś dnia wyduszę z siebie post, który rozwinie powyższy tekst. 

W ramach wspomnienia tragicznych początków (choć tragiczne to zbyt mocne słowo) przeczytałam kilka pierwszych postów i… śmiechłam. Moje nastawienie oczywiście było godne podziwu, ale jedno wiem na pewno: nie chciałabym wrócić do września. No chyba, że zapłaciliby mi grubymi tysiącami. Tamte wpisy po trosze mnie bawią a po trosze frustrują. Wiele również się zmieniło, a przede wszystkim relacje z dziećmi. Nie mam pojęcia, dlaczego wychwalałam E. (chyba anielski wygląd), a G. uważałam za wrednego potwora. W tym momencie G. to mój obrońca i niech tylko ktoś mu powie, że Martina jest niefajna (gwarantuję, że walnięcie w łeb będzie najlżejszą formą wyperswadowania tego pomysłu). E. z kolei przechodzi bunt trzylatka i od czasu do czasu wysłuchuję jego NIE TY NIE TY NIE TY. Odpłacam się pięknym za nadobne. Zmieniło się też patrzenie na moją przyszłość i tematy pokrewne. Nie żebym dowiedziała się, czego chcę, ale wiem, czego nie chcę, a to ułatwia sprawy. 




HOST RODZICE 
czyli jak wyrzucić z siebie jad i czuć się przy tym świetnie

A teraz trochę gorzkiej prawdy o host rodzicach. Akurat mój dzisiejszy humor sponsoruje nam tę część postu. Starałam się unikać krytyki (choć to tylko obiektywne spojrzenie na to, co mnie otacza), jednak każdego dotyka taka sytuacja, która zmusza do wyrzucania z siebie nagromadzonego żalu i uwag. A starałam się tego nie robić, bowiem wysłuchałam tylu historii o rodzinach goszczących, że grzechem byłoby mówić cokolwiek złego o moich hostach. Jednakowoż, jako, że nigdy nie uchodziłam za osobą życzliwą i uprzejmą, postanowiłam to zrobić. Uwaga! Popełniam grzech!

Otóż, nie jestem nadzwyczaj otwartą osobą. Ani tym bardziej ufną. Postanowiłam jednak, że skoro dzielę życie z jakimiś tam ludźmi, to od czasu do czasu mogę się z nimi podzielić swoim życiem. Teraz żałuję. Oni mają to w dupie. Nie obchodzi ich, że przed przyjazdem tutaj miałam jakieś życie i że jakoś studiowałam i że mam w Polsce jakichś znajomych. Czasami wydaje mi się, że dla nich zaczęłam istnieć w momencie przyjazdu tutaj. Zerwałam się z choinki i op! wskoczyłam do krainy mlekiem i miodem płynącej. 

Kolejna rzecz to zawężone horyzonty. Im pewnie wydaje się, że skoro przyjmują obce dziewczyny pod swój dach, to są tak tolerancyjny i tak otwarci, że drugich takich ze świecą szukać. Mam odmienne zdanie na ten temat, ale co ja wiem o życiu skoro wcześniej mnie nie było? Właściwie to owszem, są tolerancyjni, ale myślą bardzo schematycznie i ciężko im zrozumieć, że ktoś może mieć zupełnie inne podejście do życia niż to, które wyznają oni.

Ich poprzednie au pair były ucieleśnieniem towarzyskości, ponadto wszystkie przyjechały tu w jednym celu: zostać na zawsze we Francji czyt. znaleźć męża, bo tak to od razu łatwiej (tym bardziej, że wszystkie pięć poprzednich dziewczyn przyjechało spoza UE, więc by nie martwić się o wizę trzeba brać migiem ślub). Moi hości nie przyjmują do wiadomości (albo nie chcą), że nie mam zamiaru tu zostać i nie przyjechałam tutaj, żeby zacząć życie we Francji. Mój cel do nich nie dociera. Wiedzą lepiej niż ja. Zresztą czasami myślę, że zwyczajnie mają gdzieś to, co mówię, bo w końcu ich WSZYSTKIE au pair były tu w jednym celu i to nienormalne, że mam jakiś inny cel. Jeżeli mam być szczera, to naprawdę większość zawartych tu znajomości mam gdzieś. Nie szukam na siłę przyjaciół ani na siłę nie chcę z nikim zawierać znajomości. Owszem, miło czasami z kimś wyjść, ale to tylko tymczasowe i wątpię, by po powrocie do Polski pielęgnowała zawarte tu kontakty. Bądźmy realistam: czy na serio uda mi się utrzymać kontakt z kimś z Hiszpanii albo Chin? Nie wiem, czego oni ode mnie wymagają. Nie każda au pair chce znaleźć chłopaka francuza. Nie każda zapewne marzy o nocnym życiu. Pech. Trafiłam im się ja. 

Po trosze mi smutno a po trosze jestem wściekła. W ich gronie jestem kimś kompletnie obcym (czasami nawet dla siebie!). Mam swoje pasje, swoje dziwactwa, swoje plany i pomimo dzielonego życia to oni są dla mnie obcy a ja dla nich, i nie żeby mi to doskwierało, ale czuję się przy nich jak idiotka. Mam wrażenie, że uważają wszystkie au pair za idiotki; głupie idiotki bez szkoły, które wpadają tu, żeby zarobić kasę, zabawić się i znaleźć chłopaka, który je utrzyma, bo jest francuzem. Cholera! Moje życiowe zasady nie pozwalają mi zaakceptować takiego stanu rzeczy. I dostaję kurwicy za każdym razem, gdy to sobie uświadamiam. 

Na koniec śmieszna historia, która wskazuje na to, jak bardzo obchodzi ich pałętająca się po domu dziewczyna ze wschodu:

Temat: co za dziesięć lat będziemy robić
Pora i miejsce: siódma rano, kuchnia

Host Mama do mnie: A ty co będziesz robić za dziesięć lat

Myślę sobie, że pewnie i tak ma to w gdzieś, więc po chuj się produkować. 

Ja: Nie wiem

Zajebiście wybrnęłam. 

Host mama do dzieci: Martyna pewnie będzie miała męża i dzieci…

A czy wyglądam jak ktoś kto pragnie stanąć przed ołtarzem i rodzić dzieci? Równie dobrze mogę pracować i być miliarderką. Robię jednak minę na pograniczu ta, nie zesraj się i serio?

Dzieci: Ale Martyna nie chce męża i dzieci.

Mina matki była nie tyle co bezcenna ale wyrażała głębokie zdziwienia. Dopytała mnie czy to prawda i czy im to powiedziałam (nie kurwa, zaśpiewałam i zatańczyłam) i w odpowiedzi rzuciłam, że to tak dla spokoju, żeby mnie nie zadręczały tym pytaniem po raz setny. 

I to byłobyn a tyle. Gdyby wykazała się choć raz chęcią wysłuchania tego, co mam do powiedzenia, to może dałaby radę ogarnąć mój tok myślenia. W zamian jestem prostą dziewczyną, która marzy tylko o mężu i dzieciach, bo jest za głupia, by coś więcej osiągnąć. Osobiście nic nie mam do dziewczyn, które wybierają taki sposób życia. Bycie matką to ogromne poświęcenie i ogrom pracy, której nikt nie docenia. Jednak ja nie jestem osobą, która nadawałaby się do założenia rodziny i pozostania w takim układzie. Wybaczcie. Od tych telewizyjnych propagand zlasował mi się mózg. 

Przykro mi. Naprawdę cholernie mi przykro i z tego niezrozumienia to aż mi źle i smutno. Nie liczyłam nigdy, że zostaniemy rodziną, ale łudziłam się, że będę mogła zachowywać się swobodnie. A za gruszkę się tak nie czuję. Co smutne, moja nauczycielka francuskiego, którą widzę 3 razy na tydzień zna mnie o wiele lepiej. Wiem, że dla nich moja obecność tutaj opiera się na dawaniu kasy i opiekowaniu dziećmi. Za rok na moje miejsce wpadnie inna laska i choć walczę z moją złośliwością, to kurwcze, niech dostaną taką, która wcale nie będzie taka wymarzona (a kij, niech będzie ucieleśnieniem tego, czym au pair być nie może!), może wówczas docenią to, czego obecnie docenić nie potrafią lub i nie chcą. Może żyją przeszłością i dlaczego ciągle wysłuchuję o ich dwóch poprzednich au pair, które gdyby miały skrzydła to pewnie zostałyby aniołami, bo ( UWAGA!) każdego wieczoru wychodziły na miasto.

Ba dum tss
Ja to mam w życiu jednak dziwne priorytety. 



Tym szczęśliwym akcentem zakończę ten podrozdział. A moja złość nadal nie znalazła swojego ujścia. Pewnie gdybym była mądrzejsza, to znalazłabym jakieś rozwiązanie, a tak, jak to głupie dziewczę, wyżaliłam się na blogu. Może i to wszystko, co napisałam jest niesprawiedliwe i zabarwione zwykłą złością, jednak zdaję sobie sprawę, że poniekąd tak właśnie jest. Nie liczysz się ty jako osoba, tylko ty jako jedna z wielu au pair. I chyba nie powinnam ich za to winić. W taki sposób przystosowali się do swojego życia. Może to ja mam dziwne wymagania. Oprócz tego są cool: w większości przypadków płacą mi na czas, a to chyba największa zaleta. Nawet moja mama w ten sposób podsumowała moje wylanie żalów: o matko, masz wymagania, płacą ci i są mili, po co szukać dziury?
Tak. Mam wymagania. I dziwić się, że żaden francuz mi nie odpowiada. 

[edit. Nie miałam ochoty jeść obiadu ze swoją rodziną. Poinformowałam więc host mamę, że dzisiaj wychodzę. I doznałam szoku. Jej mina wyrażała smutek? Zdziwienie? Rozczarowanie? Szok? Niepotrzebne skreślić. Nawet dwa razy dopytywała czy na pewno muszę wcześnie wyjść. Czyżby wiedzieli, że mam na nich focha? Tak czy inaczej, jej reakcja wbiła mnie w ziemię. Może to ja zwyczajnie jestem okrutna i oceniam ich z góry? Świetny żart!]

Na koniec chciałam powiedzieć, że ten półmetkowy post miał wyglądać zupełnie inaczej. Miałam zdjęcia z Rennes i bardzo uporządkowany schemat. Trochę spostrzeżeń i kilka ciekawych pytań, które mi zadano (nawet to kim będę za 10lat, bo wywołał u mnie swoiste refleksje), jednak z powodu nagromadzonych emocji musiałam zmienić plan. Jednak nic straconego! Pytania nie uciekną, zdjęcia raczej też nie powinny. A nóż widelec uda mi się usłyszeć kolejne ciekawe pytania. 
Tym optymistycznym akcentem zakończę swój post. 

Do, mam nadzieję, szybkiego usłyszenia!

2015/12/30

Bonne Année !



Gdybym miała wyrazić swoje natchnienie w liczbie byłoby to zero. Idealna cyfra na podsumowanie minionego roku. Nie wiem czy to z powodu mojego stanu zdrowia czy z powodu lenistwa czy może dobrobytu jaki mnie tu spotkał. Fakt jest jednak taki, że nie mam na nic ochoty. Jak się okazuje to nawet nie mam ochoty na powrót. Jak żyć?

Od początku: nie wiem czy tęsknię za Francją. W końcu nawet nie zdążyłam się zadomowić, by cokolwiek na ten temat powiedzieć. Lubię spokój w swoim życiu i otrzymuję go w Polsce. A przynajmniej jakąś jego część. We Francji nie znam znaczenia słowa spokój. A nawet jeżeli chcę go osiągnąć to okazuje się, że to nieosiągalne. Dlatego chyba boli mnie brzuch. Jak się człowiek do czegoś przyzwyczai to trudno, by nagle wszystko zmienić, że tak filozoficznie zarzucę. 

Dwa tygodnie to naprawdę nic. Jak pstryknięcie. Nie żebym znacznie cierpiała z powodu wyjazdu, ale nie powiem, że cieszy mi się twarz. Chociaż kto lubi koniec urlopu? Tak właśnie myślałam. Chociaż chyba bardziej niedobrze mi na myśl o samej podróży. Przyjazd do Polski był katastrofą. Z przykrością odmówię sobie tej przyjemności opowiadania o tym. Jestem w trakcie poszukiwań innych środków transportu, ale Francja to cholerny wyciskacz kasy, więc albo zbankrutuję albo zdechnę w autobusie. Co kto woli. 

Ciężkie czasy. 



Na dodatek, gdyby brakowało mi powodów do narzekań to nadal jestem chora. Od miesiąca boli mnie gardło na zmianę z plecami i głową. Wczoraj dowiedziałam się też, że mam anemię (po dwóch latach moja koleżanka znowu się pojawiła) i być może problemy z sercem. Gdybym była nieszczęśliwie zakochana, mogłabym powiedzieć, że mam złamane serce, ale tak to już nie wiem czy mogę się z tego naśmiewać. 

Jednakowoż przybyłam tu w innym celu. Zrobię to, co robi każdy szanujący się bloger: podsumuję miniony rok. Albo postaram się to zrobić, bo jestem słaba w streszczeniach i podsumowaniach. Niestety chaos w moim umyśle nie pozwala mi na skonkretyzowane swoich myśli. Będzie więc pewnie tak jak zawsze: lekki bałagan zakończony puentą z (uwaga brzydkie słowo) dupy. 

Rok 2015 był dziwnym rokiem. Zdobyłam tytuł licencjata, wcześniej napisałam pracę, dostałam piątkę, spędziłam wakacje w domu, wyjechałam do Francji, poznałam trochę ludzi i właściwie to tyle. Brzmi trochę nudnawo i uważam, że w gruncie rzeczy tak trochę jest. Myślę o ludziach, którzy dokonali tego co niemożliwe, o ludziach, którzy ukończyli jakieś egzotyczne wyprawy lub zrobili coś wspaniałego dla innych i dla siebie. Przy tym wypadam blado. Jednak nie można wymagać od wszystkich, że będą niezwykli. Dla mnie ten rok był w pewien sposób ważny i koniec końców bardzo dobry. 



Czy ja naprawdę jestem typowym Polakiem-malkontentem? Nawet jak mam dużo to chcę więcej. Nadeszła więc chyba pora, by zacząć wymagać więcej od samej siebie, bo inaczej daleko nie zajadę. Nie powinnam narzekać i właściwie tego nie robię. To tylko jakieś smętne miauczenie, bo jestem za bardzo rozleniwiona. Może gdybym poprawiła swoje podejście do życia, to nagle zauważyłabym jak cudownie i wspaniale bywa moje życie? Prędzej skończyłabym w szpitalu psychiatrycznym niż podjęła się takiego wyzwana. Zmiany ale umiarkowane. W końcu nie jestem jakaś szalona czy coś. 
W konsekwencji to, co chciałam napisać, to właśnie to, że ten rok był dobrym rokiem. Pełnym nowych rzeczy aczkolwiek nie żegnam go ze smutkiem. Właściwie żadnego roku nie żegnam z jakimś wielkim sentymentem, bo ważne jest to, co nadejdzie a nie to co było. Pewnie, że może niektóre rzeczy chciałabym zmienić, ale siedzenie i biadulenie nie cofnie mi czasu ani decyzji. Właściwie cieszę się z tego, co mam. Nawet jeżeli często narzekam. Ostatnie lata były dla mnie bardzo ważne i wiele zmieniły, chciałabym tylko by ta passa jakoś się utrzymała. Jestem nawet w stanie porzucić te trywialne, normalne sprawy na rzecz tej stabilizacji. W konsekwencji to byłoby naprawdę cudowne. 

Przechodząc do samych postanowień to chciałam powiedzieć, że ich nie robię. Chyba od jakiś czterech albo pięciu lat. Nie ma sensu przyrzekanie sobie, że coś zrobię skoro wiem, że słowa nic nie zmienią. Jak każdy normalny człowiek mam plany na 2016, ale nie wiem, co z tego wyjdzie. I nawet nie mam ochoty ich ujawniać. Właściwie to mam dziwnie obojętne podejście. Aż jestem w szoku. Może znowu w moim życiu zagości przypadek i w jednej sekundzie na coś się zdecyduje, a w kolejnej już to zrobię i będzie pozamiatane. Rok temu nawet przez myśl mi nie przeszło, że zostanę au pair. No dobra, może przez chwilę, ale to było tak odległe i nierealne, że sobie odpuściłam. Po co więc będę tu pieprzyć bzdety skoro za rok może się okazać, że wszystkie moje plany/marzenia/postanowienia poszły na prostytutki? 

Jedyne co chciałam tylko postanowić to:
1. Wrzucę na luz

Myślę, że jest mi to potrzebne. Chociaż nie pokładam wielkich nadziei w tym postanowieniu. Mówię to sobie pierwszy raz (bo wydawało mi się, że mam wrzucone na luz od zawsze – cóż, media kłamią) i liczę, że sobie tym mogę. Pewne sprawy trzeba zwyczajnie odpuścić, bo inaczej wrzody żołądka w wieku dwudziestu trzech lat i koniec kariery. 



Nie będę powielać błędu wielu ludzi i mruczeć o porzuceniu nałogu (nie żebym była wielkim nałogowcem, ale pewna dawka nikotyny od czasu do czasu jest mi niezbędna i jakoś z tym żyję) ani o dietach ani o poprawie relacji z ludźmi ani o zmianie przyzwyczajeń ani o rozpoczęciu uprawiania sportu. Nie lubię oszukiwać samej siebie. Ważne, że umiem dobrze oszukiwać innych, to mi w zupełności wystarczy. 

Cholernie trudno podsumowywać swoje życie. Jestem fanką robienia list, ale oszczędzę sobie tej przyjemności. Kończę 2015 z pewnym sentymentem i być może zadowoleniem, choć nie z dumną ani łzami w oczach. Właściwie uważam samego sylwestra za rzecz niezwykle głupią, ale skoro już jest to cóż, skorzystam z dnia wolnego, bo tak wypada. 

Nie wiem, co mogłabym jeszcze wymyśleć. Ani nie mam humoru na rozwijanie swoich myśli ani też na zagłębianie się w swoje życie. Ostatecznie dochodzę do wniosku, że miał być to blog o byciu au pair, a wychodzi na to, że nieustannie walę prywatą. Może poprawię się w przyszłym roku, ale wątpię. Zwyczajnie jestem egocentrykiem, o, pojechałam sobie. 

W nowym roku życzę Wam, tym wszystkim, którzy odnajdują motywację, by tu zajrzeć i zapłakać, by ten rok był zwyczajnie nadzwyczajny, bo wszystko inne albo jest nieprawdziwe albo nie ma znaczenia. 




Do usłyszenia już z Francji,

M.

2015/12/18

vive le vent !




mam za sobą dziwny dzień. powiedziałabym, że równie dziwne życie, ale po co dramatyzować. miałam więc dziwny dzień i chyba nigdy nie odpłacę się S. za to, że mi pomógł. bardzo nieświadomie, ale akurat dzisiaj jestem zadowlona z jego wcześniejszego powrotu. Stefan król!

może kiedyś przygotuję post o najdurniejszych dniach jakie przeżyłam we Francji. czuję, że podbiłabym internety. 

przechodząc do meritum: jutro wracam do Polski. TAK. wracam do Polski! na dwa tygodnie, żeby nie było niedomówień. i teraz ta najdziwniejsza część. trzy tygodnie temu bardzo ubolewałam nad tym, że tęsknię, chcę wrócić na trochę etc. teraz, kiedy spędziłam godzinę w tramwaju, słuchając bardzo dobrej francuskiej muzyki, doszłam do wniosku, że nie chcę wyjeżdżać i będę tęsknić za każdą częścią tego miasta.

teraz pora na wykreowanie wniosków (uwaga, nieładne słowa): jestem pojebana. 

dziękuję. jakoś mi ulżyło. 

nie wiem, co jest ze mną nie tak. nawet nie wiem, co jest na tak, więc sprawa się komplikuje. 

niektóre aspekty mojego życia tutaj sprawiają tak silne emocje, że ciężko mi się pożegnać nawet na te dwa tygodnie. niektóre aspekty zmuszają do wyjazdu, bo mogłabym oszaleć. tęsknię za polską, jednocześnie wiedząc, że będę tęsknić za Nantes.
i wówczas nawiedza mnie myśl: a co w lipcu? jak będzie w lipcu i potem?
oszalałam!

a tak z innej beczki, to ej, kiedy minęły te 4 miesiące? 



n'inquiétez vous! przybędę przed sylwestrem, co by jakoś podsumować rok i przygotować się na następny. 

Salut! A bientot! 

ej serio, tak po prawdzie to zauważyłam, że myślę po francusku od czasu do czasu. i to mnie przeraża, bo nie jestem jedną z tych osób, co wyjadą z domu na dwa miesiące i zapominają języka, ale serio, zapominam słów! <przerażenie> 

koniec świata, tyle powiem. 

do usłyszenia!

2015/12/01

c'est encore moi



Nie wpadłam tu z niczym konkretnym. Nie palnowałam tej notki, ale skoro zalogowałam się w końcu i poświęciłam czas, by odświeżyć szablon i wprowadzić atmosferę iście świąteczną to dobra, machnę kilka słów, żeby sobie ulżyć. 

Jutro G. ma urodziny, a ja swój setny (napiszę cyframi: 100) dzień. Chciałoby się powiedzieć, jak to szybko zleciało albo o, jak ten czas leci. Nie odczułam tego. Odczuwam tylko ból brzucha, bo nie brałam leków i chce mi się rzygać. Nie sądziłam również, że nadejdzie dzień, gdy będę chciała wrócić do Polski. Chociaż na chwilę, żeby pobyć ze samą sobą w otoczeniu, które znam od lat. I nie chodzi o to, że mi tu źle, bo jest lepiej i czasami nawet więcej, ale ja chyba zwyczajnie tęskię. O tak, napisałam to. Przyznałam się do tęsknoty! <chwila ciszy>

jednkowoż, zdałam sobie sprawę, że jestem w stanie zamieszkać tu na stałe, choć to nie czas na takie wybryki. 

Trochę za dużo tego naraz; jakieś piątkowe kolacje, sobotnie kawy, spotkania na kierszamach, chodzenie po sklepach, szkoła, dzieci, nauka - przez całe życie k. nie udzielałam się społecznie tak jak teraz. a kiedy z kolei zostaję w domu nie mam czasu, żeby kwinąć palcem. jestem tak lubianą osobą, że wszyscy chcą spędzać ze mną czas. <chwila ciszy>

ostatnio namiętnie zajmuje się szukaniem nowej fryzury. i znalazłam, ale ze swoimi kłakami nie wiem, czy osiągnę oczekiwany efekt. chociaż przyznam, że ostatnio stosują techniki, które pozwalają mi okiełznać ten rozgardiasz. i ostatnio usłyszałam, że mam piękne włosy. oh, sweet lord <chwila ciszy>


ach, nawiedził mnie jeszcze pech, ale to historia na całą noc. 

wnioski są takie:
1. mam wytrzymać trzy tygodnie. to niewiele.
2. muszę przestać wydawać pieniądze, tylko po to, żeby się pocieszyć. 
3. nie mogę być wiecznie zmęczona
4. muszę wziąć się w garść
5. zacząć odliczanie


2015/11/21

Ce que tu veux



Niebawem strzeli mi tu trzeci miesiąc i chyba nie umiem tego podsumować. Przede wszystkim dlatego, że nie umiem, a po drugie dlatego, że zwyczajnie nie mam siły i chyba w przeważającej części ochoty. W sumie za tydzień mam śmieszną rocznicę i co dziwniejsze nadal o tym pamiętam. Ale to ja. O ważnych rocznicach nie pamiętam, ale tą spojrzeniowo-tramwajową zapami`etam do grobowej deski. 

Elle est pas belle, la vie? 

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi na wyzywaniu laptopa i banku. Po pierwsze mam jakieś chore limity na swoim koncie i nie mogłam kupić biletu do Polski. Byłam tak rozgoryczona, że niemal rozpłakałam się nad własną klawiaturą. Gdyby nie host mama, chyba nigdy nie wróciłabym do domu na święta. Jednak przybywam ze szczęśliwą wiadomością: WRACAM! Dwa tygodnie w domu. Brzmi jak piekło w raju. 
Co do komputera. Pewnego pięknego dnia włączyłam go i okazało się, że ten cwel nie działa. Wszystkie sterowniki poszły na dziwki. W akcie desperacji i próby naprawy swojego zrujnowanego życia, przyróciłam system do pierwszego uruchumionenia. I w efekcie straciłam wszystko. Nie miałam jednak wyboru. Jak to napisałam D., byłam chirurgiem. Ucinam nogę albo ją zostawiam i pacjent umiera za tydzień. Innej drogi brak. Cóż, ostatecznie straciłam trzyletni dorobek, ale o tym nie myślę. Tabula rasa. Zaczynam od nowa. Tak jak chciałam od dawna. 



W tym momencie słucham najnowszej płyty Adele (nieskromnie przyznam, że tytuł albumu przewidziałam jakieś cztery lata temu), chciałabym napisać, że piję wino i jem ser, ale kończę z alkoholizmem i obżeraniem. Co do samego zakupu, to nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Powinnam oszczędzać, a zwyczajnie zaspokajam swoje potrzeby. Czasami po prostu myślę, że nie warto roztkliwiać się nad takimi rzeczami i zwyczajnie korzystać z życia (oczywiście w granicach rozsądku, bo ktoś musi zapłacić za szkołę). Tak czy inaczej gwiazdka przybyła dwa tygodnie wcześniej. Chociaż w moim przypadku robię sobie gwiazdkę za każdym razem, kiedy idę do French Coffe Shop. 

Kiedy trafiłam do Francji zastanawiałam się czy znajdę tu miejsce dla siebie. Jedno wyjątkowe miejsce i nie pokładałam wielkich nadziei. Aż do dnia, gdy B. zabrała mnie do najlepszej kawiarni świata. Nic już nie było takie samo od tamtego momentu. Jestem fanką O. i J. i nie wyobrażam sobie weekendu z dala od tego miejsca i bez nich! To niemal jak utraceni wujkowie, spotkani w idealnym czasie i idealnym miejscu. 

Nie wierzę w przeznaczenie. To znaczy wierzę w coś co mogłoby to przypominać, ale w konsekwencji to nie to samo. Kiedy więc rozpoczynałam swoją przygodę w Nantes zastanawiałam się, jaki jest ukryty cel tej podróży. Pomimo wszystko chciałam wierzyć, że ponad tym jest coś więcej niż tylko nauka. Czasami oczekuję od życia gromu z jasnego nieba, w tym przypadku chyba było podobnie, ale po tych trzech miesiącach lepszych dni i gorszych, odkryłam cel, który mnie tu przywiódł. Spotkałam i mam nadzieję, że nadal będę spotykać, ludzi, dzięki którym poszerzam horyzonty. Kiedyś patrzyłam na pewne rzeczy w jeden sposób, teraz patrzę i widzę o wiele więcej (ale super porównanie! Mistrz jak tysiąc dolców). 

Zauważyłam (no w końcu) postęp w umiejętnościach językowych, przepisałam się do grupy zaawansowanej i czekam na moment, kiedy będę usatysfakcjonowana (być może doczekam tego momentu w obecnym życiu). I to tyle, co do prywatnych wynurzeń. Taka jestem nudna. Nic szalonego. Dom, praca, szkoła, dom, czasami kawa i wypad na zakupy. Taka typowa czterdziestka. 
Nawet dwójka dzieci się przyplątała. 

Co do samego życia au pair to jest w porządku. Raz wkurzą mniej, raz bardziej, raz rozbawią do łez a raz rozczulą. Nie wiem, czy byłabym w stanie znaleźć lepszą rodzinę, ale wiem, że nie żałuję, że wybrałam właśnie ich. Teraz, kiedy ewidentnie zapoznali się z moją dziwną osobowością, nie mówią nic o chłopakach, nie pytają, czy wychodzę w nocy i czy mam zamiar wrócić. Wyraźnie pogodzili się z tym, że zatrudnili/przyjęli do domu takiego ponuraka.  Sama uważam, że powinni być uradowani. Przynajmniej wiedzą, gdzie jestem w nocy i że nie sprowadzę im do domu dziwnych wirusów. Serio, nie wiem, czy powinni narzekać. Ja byłabym zachwycona. Zresztą pozbędą się mnie na Boże Narodzenie, wtedy mogą do woli korzystać z wolności. Aczkolwiek nie sądzę, bym mogła zagrażać ich prywatności. Non stop siedzę u siebie w pokoju, czasami zachowuję się tak, jakby w ogóle mnie tu nie było. 



Co do dzieci to cóż, ewidentnie mnie polubiły, bo jak wytłumaczyć te częste odwiedziny w pokoju (nawet gdy mam czas wolny, nawet gdy mam weekend, nawet gdy nie pracuję, nawet gdy są rodzice w domu). Zdecydowanie nie wiem już czym jest samotność. Siadanie na kolanach, przytulaski i buziaczki też są na porządku dziennym. I ja, właśnie ja, na to przyzwalam, najmniej przytulaskowa dziewczyna na ziemi, pozwala sobie na coś takiego. Koniec świata. Standardowo po odprowadzeniu do szkoły cmoknięcie w policzek i każde w swoją stronę. Matka rodziny. Naprawdę. Czasami przerażam nawet samą siebie. 

Oczywiście między tą idyllą miewamy fatalnie dni, kiedy mam ochotę wybiec z domu z krzykiem i płaczem. Zachować się jak dziecko, którym też trzeba się zaopiekować. Ale niestety, są młodsi i to im muszę oddać pierwszeństwo. W konsekwencji, jak na dorosłego przystało, żalę się ojcu albo matce i finał jest taki, że dzieci mają karę a ja zaśmiewam się w duchu, patrząc jak rodzice starają się rozwiązać problemy wychowawcze. Jednakże, prawda jest taka, że  jestem tylko opiekunką i host mum i host dad muszą być świadomi tego, co się dzieje w umysłach ich dzieci. Zresztą dzieci też traktują mnie jak starszą siostrę, więc nie pozostaje nic innego jak naskarżyć. Proza życia. 

Reasumując: podjęłam w życiu bardzo ważną decyzję. Myślę, że jedną z ważniejszych, ale to chyba nie pora, by o tym pisać. Przede mną jeszcze wiele miesięcy, by być tego pewną. Nie mam pojęcia, co się wydarzy po drodze, jednak zrobię wszystko, by do tego dotrwać i dostać to, czego chcę. Ostatnio dość często udawało mi się dosięgnąć swoich marzeń, więc liczę, że tym razem też dam radę. No bo serio, oprócz mnie samej nic nie stoi mi na przeszkodzie (i koniec końców mam nadzieję, że nie stanie, bo to byłoby śmieszne i niemal że nierealne). Właściwie ostatnio godzę się z pewnymi aspektami swojego życia; nie wiem jednak czy powinnam rozpaczać, bo czy ostatecznie właśnie nie tego chciałam? 

Och, jak sentymentalnie się nagle zrobiło. 



Wyżej pisałam, że nie piję już alkoholu. Cóż. Kłamałam. W końcu everybody lies. Swoją drogą już od dawna chcę wrócić do dr. House’a. Czasami brakuje mi czasów, gdy oglądałam go z zapartym tchem, chociaż wiem, że moje obecne życie jest o wiele lepsze od tamtego. Ja jestem lepsza. Taki sobie komplement sprzedam. 

Ach, i tak! Postanowiłam zrobić tatuaż! B. pójdzie ze mną, więc mam trochę mniej strachu. I chciałam pamiątkę z Nantes na całe życie, więc voila! La solution! Czekamy jednak do maja, żeby zebrać fundusze i znaleźć ostateczny pomysł. Zresztą uważam, że pobyt tutaj zasługuje na coś niezwykłego i szalonego. Bo jak nie teraz, to kurwcze kiedy? Ta, kolejna dewiza życiowa. 
Ostatnio miałam okropny okres. Moja choroba dała o sobie znać. Nie lubię tych okresów apatii. Teraz jednak, mam trochę spokoju, mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Może nie wybitnie spełniona, ale szczęśliwa, tak zwyczajnie, ale czy nie do tego dążyłam? Czasami warto coś poświęcić. I w gruncie rzeczy nie potrzeba mi wiele. 

Tym pozytywnym akcentem kończę swój wywód, licząc, że odnajdę jeszcze motywację i inspirację, by na nowo zacząć pisać (nie tylko tutaj). 

P.S. Adele jest cudowna! Gorąco polecam „25”. Nie żałuję ani jednego centa wydanego na jej płytę.

Do szybkiego usłyszenia!
M.